W Muzeum Karkonoskim w Jeleniej Górze odbył się wernisaż wystawy Zygmunta Mosia „Moje Karkonosze. Malarstwo karkonoskich szlaków”. To ekspozycja, która pokazuje Karkonosze z perspektywy człowieka, który dopiero na emeryturze pozwolił sobie na coś, na co wcześniej zwyczajnie brakowało czasu – własną pasję.
Zygmunt Moś przez większą część życia związany był z budownictwem. Prowadził firmę, pracował, pomagał innym, a po przejściu na emeryturę, jak sam wspomina, miał jeszcze pomóc koledze przez trzy miesiące. Z tych trzech miesięcy zrobiło się siedem lat.
Przełom przyszedł wtedy, gdy zdrowie upomniało się o swoje, a żona powiedziała wprost, żeby wreszcie zrobił coś dla siebie. I tak zaczęła się historia, która dziś ma swój ciąg dalszy na ścianach Muzeum Karkonoskiego.
Najpierw były góry. Pan Zygmunt przyznaje, że przez wiele lat tylko raz był na Śnieżce. Gdy spotkał znajomego, który regularnie chodził po Karkonoszach, poprosił go, żeby zabrał go ze sobą. Od tego momentu zaczął wędrować co tydzień.
Później przyszły zdjęcia, a po nich linoryty. Zygmunt Moś zaczął utrwalać schroniska, które odwiedzał podczas swoich wypraw. Jak podkreśla, odwiedził je wszystkie. Z czasem trafił także na zajęcia graficzne Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy Karkonoskiej Akademii Nauk Stosowanych.
Właśnie tam pojawiła się kolejna zachęta. Znajoma namówiła go, by spróbował malarstwa w pracowni Ryszarda Tyszkiewicza. Pan Zygmunt początkowo nie był przekonany. Jak żartował podczas rozmowy, wcześniej malował tylko pokoje. Mimo to poszedł.
Pierwsze spotkanie z pracownią było konkretne, bez zbędnej ceremonii. Ryszard Tyszkiewicz miał powiedzieć mu, że do pracowni nie przychodzi się tylko patrzeć. Trzeba usiąść i malować. Pan Zygmunt wrócił więc na kolejne zajęcia już z własną pracą.
Dwa pierwsze obrazy są dla niego szczególne. Jeden namalowany samodzielnie, drugi powstały już po wskazówkach Ryszarda Tyszkiewicza. Oba do dziś wiszą w domu i, jak mówi artysta, są „nietykalne”. Dwa różne obrazy, a jednocześnie ten sam początek nowej drogi.
Dziś Zygmunt Moś maluje głównie w domu. Jego pracownią jest duży pokój. Na stole stawia sztalugę, a obok siedzi żona, pani Maria, z książką na kolanach. Jak mówi sam artysta, żona „nadzoruje”. W tej krótkiej scenie jest właściwie cała opowieść o spokoju, bliskości i pasji, która przyszła wtedy, gdy człowiek wreszcie mógł zatrzymać się na dłużej.
Pani Maria również była obecna podczas wernisażu. Wspominała, że gdy mąż maluje albo wykonuje linoryty, ona po prostu jest obok. Są razem od 54 lat. Trudno o lepsze tło dla twórczości, która wyrasta z uważności, codzienności i miłości do gór.
Na wystawie można zobaczyć Karkonosze po polskiej i czeskiej stronie. Są szlaki, szczyty, schroniska, wodospady i miejsca dobrze znane wszystkim, którzy choć raz wędrowali po tych górach. Dla tych, którzy z różnych powodów nie mogą dziś chodzić po szlakach, ta wystawa może być czymś więcej niż tylko oglądaniem obrazów. Może być zaproszeniem do karkonoskiej wędrówki bez wychodzenia z muzeum.
Kuratorką wystawy była Natalia Kryszpin. Gości powitała wicedyrektor Muzeum Karkonoskiego Aneta Sikora – Firszt. W wernisażu uczestniczyła także Janina Peikert, szefowa Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy Karkonoskiej Akademii Nauk Stosowanych, z którym związany jest Zygmunt Moś i gdzie zaczynał swoje pierwsze kroki w grafice.
„Moje Karkonosze. Malarstwo karkonoskich szlaków” to nie tylko wystawa o górach. To także opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć coś nowego. Czasem wystarczy spotkać właściwego człowieka, wyjść na szlak, wrócić do domu, postawić sztalugę na stole i pozwolić, żeby góry zostały na płótnie.










