Od kilkunastu dni mieszkańcy regionu, lokalne media, wędkarze, przyrodnicy, ale także osoby z innych części Polski żyją dramatem, który rozgrywa się na Jeziorze Pilchowickim i na rzece Bóbr. W związku z prowadzonymi pracami przy zaporze doszło do śnięcia ogromnej liczby ryb. Mowa już nie o pojedynczych przypadkach, ale o tonach martwych ryb, które stały się symbolem jednej z najpoważniejszych katastrof ekologicznych ostatnich lat w regionie.
Problem nie kończy się jednak na samym Jeziorze Pilchowickim. Drugą, równie niepokojącą sprawą jest muł, który wraz z wodą może trafiać do koryta Bobru. To materiał zalegający na dnie zbiornika od wielu lat. Mieszkańcy i samorządowcy pytają, co dokładnie znajduje się w tym osadzie i czy może on zawierać metale ciężkie lub inne zanieczyszczenia. Tym bardziej, że w przeszłości zbiornik i rzeka były narażone na działalność przemysłową.
To, co wypływa spod zapory, nie zostaje w jednym miejscu. Bóbr niesie wodę dalej, przez kolejne miejscowości, w stronę Lwówka Śląskiego, Bolesławca, a następnie dalej w kierunku Odry. Po drodze znajduje się między innymi duży zbiornik wodny w Rakowicach Wielkich, położony pomiędzy Lwówkiem Śląskim a Bolesławcem. To właśnie tam, jak wskazują mieszkańcy i osoby obserwujące sytuację, część niesionego przez rzekę materiału może się osadzać.
Na zdjęciach i nagraniach widać, że woda niesie dużą ilość zawiesiny. Pytanie brzmi: co dokładnie płynie Bobrem i jaki będzie tego długofalowy skutek dla rzeki, ryb, ptaków, zwierząt oraz mieszkańców okolicznych miejscowości?
O sprawę zapytaliśmy Andrzeja Kredkowskiego, radnego Sejmiku Województwa Dolnośląskiego. Radny nie ukrywa oburzenia i wskazuje, że opinia publiczna wciąż nie otrzymała pełnych odpowiedzi.
- Zapora to początek. To, co wypływa z zapory i dostaje się do rzeki, będzie miało wpływ na cały ekosystem Bobru. Nie wiemy, co dokładnie znajduje się w mule, który trafia do rzeki. Czekamy na badania, które pokażą, czy mamy do czynienia tylko z problemem braku tlenu, czy także z obecnością metali ciężkich i innych substancji – mówi Andrzej Kredkowski.
Radny zwraca uwagę, że wykonywane badania mają dotyczyć przede wszystkim parametrów takich jak zawartość tlenu w wodzie. Tymczasem mieszkańcy oczekują informacji o składzie osadów i o tym, co faktycznie trafia do koryta rzeki.
- Niepokoi nas brak pełnej informacji. Nie wiemy, jaki będzie wpływ tego materiału na Bóbr, na zbiorniki po drodze, na ptactwo i inne zwierzęta. Jeżeli ten muł osadzi się w Rakowicach Wielkich, to problem nie zniknie. On może zostać tam na lata – podkreśla radny.
W rozmowie padły też pytania o odpowiedzialność instytucji państwowych i reakcję środowisk ekologicznych.
- Gdzie są ekolodzy? Gdzie jest minister środowiska? Gdzie jest minister rolnictwa? Dlaczego nikt nie nagłaśnia tej katastrofy? Mówimy o tonach martwych ryb i o rzece, która jest ważna dla całego regionu – pyta Andrzej Kredkowski.
Na zaporze spotkaliśmy także osoby, które przyjechały zobaczyć miejsce prowadzonych prac. Była wśród nich rodzina z Warszawy oraz mieszkanki Bolesławca. Ich wypowiedzi pokazują, jak różnie oceniana jest obecna sytuacja.
Część rozmówców zwracała uwagę na przykry zapach i widoczne skutki śnięcia ryb.
- Przyjechaliśmy zobaczyć zaporę, nie spodziewaliśmy się tego. Czuć, że coś jest nie tak. Zdziwiło nas, że tak czuć zdechłymi rybami – usłyszeliśmy na miejscu.
Inne wypowiedzi były znacznie bardziej kontrowersyjne. Jedna z rozmówczyń stwierdziła, że przy dużych inwestycjach czasem dochodzi do strat, a najważniejsze jest bezpieczeństwo ludzi.
- Życie człowieka jest ważniejsze niż rybki i te inne rzeczy. Stawy można zarybiać i to się wszystko odnowi – mówiła kobieta spotkana przy zaporze.
Padło też odniesienie do Czarnobyla i odradzającej się tam przyrody. Takie porównanie może budzić duże emocje, szczególnie wśród osób, które od wielu dni obserwują martwe ryby, zanieczyszczoną wodę i obawiają się o przyszłość Bobru.
To właśnie ten sposób myślenia budzi dziś największe kontrowersje. Z jednej strony nikt nie kwestionuje potrzeby remontu i zabezpieczenia zapory. Bezpieczeństwo ludzi jest sprawą fundamentalną. Z drugiej strony pojawia się pytanie, czy duże inwestycje muszą oznaczać tak poważne straty środowiskowe i czy państwowe instytucje zrobiły wszystko, aby ograniczyć skalę katastrofy.
Czy naprawdę wybór musi wyglądać tak: albo bezpieczeństwo ludzi, albo ochrona rzeki? Czy nie można było lepiej przygotować prac, zabezpieczyć rzeki przed mułem i skuteczniej informować mieszkańców?
Dziś mieszkańcy regionu oczekują nie uspokajających komunikatów, lecz konkretnych odpowiedzi. Jakie badania zostały wykonane? Czy badano obecność metali ciężkich? Co dokładnie niesie Bóbr? Ile martwych ryb już wyłowiono? Jak długo potrwa ten proces? Co stanie się ze zbiornikiem w Rakowicach Wielkich? Kto ponosi odpowiedzialność za zabezpieczenie rzeki?
Bo Bóbr to nie tylko rzeka na mapie. To część Doliny Bobru, lokalnego ekosystemu, historii i życia mieszkańców. I choć przyroda potrafi się odradzać, pytanie brzmi: czy naprawdę musimy najpierw pozwolić jej umrzeć, żeby potem mówić, że kiedyś wróci?




